O autorze
Głosuj na Wapiętnik na www.blogroku.pl

Ponad 30 lat zarabiałam pisaniem, aż choroba Parkinsona kazała mi zwolnić się z etatu (ale nie z bycia dziennikarką). Wcześniejszą emeryturę wydarłam ZUS-owi z gardła po roku sądowej walki i zaprawiona w bojach wyzwałam na ubitą ziemię pana P., jak nazywam Parkinsona. Codzienne potyczki opisuję w Wapiętniku, czyli w pamiętniku prowadzonym przez wapniaka. Niektórzy dziwią się, że mało w nim choroby, za to sporo uśmiechu i spraw, od których niekoniecznie zależy los świata. Ale może mój? Nie mam wpływu na to, że jestem skazana na pana Parkinsona już do końca, próbuję jednak nie dać mu się całkiem zdominować. Pisanie o tym to rodzaj terapii, ale też chęć pokrzepienia innych cierpiących.
Jako się rzekło, moje życie nie składa się tylko z choroby. Pełnię w nim różne role: córki (troskliwej), żony (pierwszej), mamy (pojedynczej), teściowej (niezołzowatej), przyjaciółki (długodystansowej), koleżanki (mnogiej). I choć nie wyobrażam sobie życia bez czytania i słuchania muzyki, na bezludną wyspę nie zabrałabym ani książek, ani płyt, tylko chciałabym ją ... zaludnić. Bo to, co w życiu lubię najbardziej, to pogadać z drugim człowiekiem.

Wasza noc, nasza moc!

Zastanawiam się czy tzw. większość parlamentarna nie zdaje sobie sprawy, że im częstsze jej nocne knowania, tym po drugiej stronie barykady bardziej zwierają się szeregi? Że nic tak obywatelskiej opozycji nie napędza, jak kolejny obrazek PiS-owskiego walca, który w ekspresowym tempie miażdży wszystko to, co zdaniem prezesa stoi na drodze przejęcia pełnej kontroli nad państwem. Obserwuję to choćby w kujawsko-pomorskim KOD-zie. Oburzenie na butę i styl, w jakim nowa władza przeciera sobie drogę wyzwala chęć działania: akcja – reakcja. Teraz, już, natychmiast!

Wyraźnie było to widać podczas wtorkowego zebrania. Zabawne, że tzw. liderów poszczególnych sekcji wręcz popędzano, by zacząć merytoryczną pracę w podgrupach. Ci wprawdzie studzili rozpalone głowy przekonując, że tworzenie struktur nowego, oddolnego ruchu musi potrwać, ludzie jednak wiedzieli swoje. Rozeszli się w bojowych nastrojach, ale wrócą. Z sąsiadem, panią fryzjerką, kolegą z pracy, ekspedientką z osiedlowego sklepu... Padły też deklaracje, że z dzieckiem, bo matce wstyd, że dorosła latorośl jakoś dotąd się ociąga. To zresztą ogólniejszy zarzut wobec mniejszego, niż się spodziewano zainteresowania młodzieży KOD-em.
Po poprzednim zebraniu kujawsko-pomorskiego KOD-u nawet bym się pod nim podpisała, na tym jednak – sporo liczniejszym – widziałam wiele młodych twarzy. A że mogłoby być więcej, jak choćby podczas protestów w sprawie Acta? Tyle że wówczas młodzi walczyli raczej o wolność w świecie wirtualnym, do którego uciekają, by izolować się od świata rzeczywistego. Niektórzy tak skutecznie, że nie dostrzegają obecnej ewentualności kagańca cenzury również w Internecie. Tymczasem... Jak to rzekł ongiś z dezaprobatą panujący nam dziś prezes? Że młodzi ludzie siedzą w Internecie i popijając piwo oglądają pornografię? To może teraz ukrócić tę wątpliwą rozrywkę, bo kto rządzącemu zabroni?



Ano, kto zabroni? To pytanie dręczy wielu widzów horroru pt. „Teraz my!” To mroczny seans, a jeszcze film puszczany jest – nie wiedzieć czemu – w przyspieszonym tempie. Skąd ten sprinterski maraton? Po co taki pośpiech? - pytała z wtorku na środę sejmowa opozycja. Tak, tak nocą, bo pierwsze czytanie „małej” ustawy o mediach publicznych odbywało się wedle nowej, PiS-owskiej tradycji w nocy. Ledwie zatem przyszłam z zebrania naszego KOD-u i przysiadłam, aby zobaczyć „co tam panie w polityce”, trafiłam w oko medialnego cyklonu na Wiejskiej. Nie dziwota, że z racji ponad trzech dekad spędzonych w zawodzie dziennikarza jak siadłam, tak utknęłam przed telewizorem do 1.30, o tej bowiem godzinie odbyło się głosowanie, które ukręciło łeb nadziejom o rzetelnej debacie nad projektem ustawy. On trafił do komisji i przed końcem Wiadomości prowadzonych przez Piotra Kraśko był już klepnięty. Takoż musiał się poczuć i sam redaktor, czemu dał wyraz w okienku.

Była to jedna z nielicznych chwil, gdy cieszyłam się, że nie jestem już czynna zawodowo. Szczęśliwie czynne mam jeszcze szare komórki i to one kazały zjeżyć się moim włosom podczas w/w medialnej nocnej zmiany. Zjeżyć na widok, jak sejmowa większość z cyniczną ostentacją w rządową tubę zmieniła media dotąd (mniej lub bardziej) publiczne, jak lejce od tego wielokonnego oddała w jedne (sprawne?) ręce, jak za zbyteczne uznała nie tylko konkursy na szefów w radiu i telewizji, ale i kompetencje wymagane dotąd w sprawowaniu tych funkcji. Z osłupienia wyrwał mnie dopiero poseł Liroy Marzec, który zauważył roztropnie, że cała ta heca to zmiana jednych partyjnych kadr w mediach na drugie, podczas gdy publiczne media powinny być obywatelskie. I ciekawa byłam, czy jemu, tak jak mnie, przypomniała się w tej samej chwili słynna fraza Liroy`a: „Teraz nie czas na politykę, to nie jest czas na logikę. Nadszedł czas na pieprzoną gimnastykę. Więc skaczcie do góry, najwyżej jak się da zazuzi zazuza! Skaczcie do góry, jak (…) kangoory!”

To niecenzuralny utwór, ale przecież w nocy dzieci śpią. Może więc ta „dobra zmiana”, rzeczywiście, powinna się odbywać pod osłoną nocy? I najlepiej jeszcze wyłączyć światło! Po ciemku jakoś tak mniej wstyd... Tymczasem na Wiejskiej wyłączano, owszem, ale posłom mikrofony: niech będzie cicho, cichutko, wszak naród w śnie głębokim jest pogrążony. Nie budźmy go! Z obawy, żeby nie było jak ze starym niedźwiedziem, co to „jak się zbudzi, to nas zje”? No, bez przesady, że od razu zje! Ale zły będzie na pewno. I to, jak sądzę, w niedalekiej przyszłości, bo wygląda na to, że naród właśnie się obudził.
Trwa ładowanie komentarzy...