O autorze
Głosuj na Wapiętnik na www.blogroku.pl

Ponad 30 lat zarabiałam pisaniem, aż choroba Parkinsona kazała mi zwolnić się z etatu (ale nie z bycia dziennikarką). Wcześniejszą emeryturę wydarłam ZUS-owi z gardła po roku sądowej walki i zaprawiona w bojach wyzwałam na ubitą ziemię pana P., jak nazywam Parkinsona. Codzienne potyczki opisuję w Wapiętniku, czyli w pamiętniku prowadzonym przez wapniaka. Niektórzy dziwią się, że mało w nim choroby, za to sporo uśmiechu i spraw, od których niekoniecznie zależy los świata. Ale może mój? Nie mam wpływu na to, że jestem skazana na pana Parkinsona już do końca, próbuję jednak nie dać mu się całkiem zdominować. Pisanie o tym to rodzaj terapii, ale też chęć pokrzepienia innych cierpiących.
Jako się rzekło, moje życie nie składa się tylko z choroby. Pełnię w nim różne role: córki (troskliwej), żony (pierwszej), mamy (pojedynczej), teściowej (niezołzowatej), przyjaciółki (długodystansowej), koleżanki (mnogiej). I choć nie wyobrażam sobie życia bez czytania i słuchania muzyki, na bezludną wyspę nie zabrałabym ani książek, ani płyt, tylko chciałabym ją ... zaludnić. Bo to, co w życiu lubię najbardziej, to pogadać z drugim człowiekiem.

Życie zaczyna się po 60-tce?

Dotąd myślałam, że to taki grzecznościowy slogan urodzinowy, by jubilat raźniej czuł się przekraczając przysłowiową smugę cienia. A tu – niespodzianka! Okazuje się, że to okres doskonały do odkurzenia dawno zarzuconych marzeń, do oddania się pasji, na której realizację kiedyś nie było czasu. I ja nie przegapiłam tego momentu – właśnie ukazała się moja książeczka dla dzieci pt. „Rymowanki. Sportowe zachwalanki”.

Debiut późny, bo późny, lecz dodał mi skrzydeł i mam już napisane kolejne dwie pozycje! Wprawdzie na razie leżą w szufladzie (czytaj: w laptopie) i niecierpliwie oczekują wydania ich na świat, ale mam nadzieję, że zatracenie się w dziecięcym rymowaniu choć trochę usprawiedliwia moją długą nieobecność na blogu. Po podpisaniu wczesną wiosną umowy z wydawnictwem wpadłam bowiem w rodzaj transu: z jednej strony szlifowałam, cyzelowałam i bez końca poprawiałam „Sportowe zachwalanki”, z drugiej – poszłam za ciosem i pisałam, pisałam… Wszystko, zawsze i wszędzie mi się rymowało! Pod prysznicem zastanawiałam się „ kto żyrafie myje szyję”, telewizyjny serial sprawił, że postanowiłam nieznośnej sarnie „drugą szansę dać awansem”, a obserwując niechęć maluszków do obuwia komenderowałam: „babcie łapcie latające kapcie”. Przychodzące z nagła pomysły zapisywałam na tym, co miałam pod ręką: na ręczniku papierowym, na przepisie Mamy, na paragonie z ulubionego marketu, a nawet na opakowaniu po wędlinie. Jak, nie przymierzając, ogarnięty weną twórczą prawdziwy literat.

Tymczasem ja nie mam takich ambicji, jestem zbyt samokrytyczna. Zawsze lubiłam rymować i tyle. Nie mylić z pisaniem wierszy, bo ja nie mylę. Uprawiane przez trzy dekady z okładem dziennikarstwo traktowałam jak rzemiosło. Dobre, rzetelne, ale tylko rzemiosło, nie sztukę. Co nie znaczy, że nie łechtały mojej próżności uwagi wynoszące moje pisanie nad to rzemiosło właśnie. Przez lata przywykłam też do tego, że byłam „dyżurną tytularką” i chętnie pomoc taką świadczyłam, zżymając się tylko niekiedy, że w dziennikarstwie międzywojnia miałabym po prostu taki etat. Przyzwoity etat, dodajmy.

Ale nie samym szmalem człowiek żyje, więc miałam się przekonać, że w powiedzeniu „dziennikarstwo to nie zawód, a styl życia” jest sporo prawdy. Przecież ja - ciesząc się, że nie muszę już pisać - nieomal zaraz po przejściu na wcześniejszą emeryturę zaczęłam …pisać. Nie wielką publicystykę wprawdzie, a blog parkinsonika, który obarczyłam jednak zadaniem odpowiedzialnym i do tego podwójnym: blog miał mnie samą oswoić z chorobą Parkinsona, ale również nieść otuchę innym parkinsonikom. Niestety, nie mogę zameldować wykonania zadania do końca. Bo jeśli nawet pisanie bloga chwilowo zarzuciłam, moja walka z panem P(arkinsonem) trwa i choć wygrywam bitwy, wiem że wojny z nim nie wygram…

Może dlatego przeniosłam swoją aktywność w inną przestrzeń? Pierwsza narzuciła się sama: zostałam babcią, więc pisanie książeczek dla dzieci wydaje mi się czymś naturalnym. Uzasadnienie kolejnej mojej aktywności - współzałożycielki i dziennikarki „Drugiego Sortu” – pisma KODu na region kujawsko-pomorski nie przychodzi mi już tak gładko. Bo z czego mam się cieszyć? Że jedynie słuszna partia dzień w dzień dostarcza ”mięsa” dziesiątkom mediów? I nic, absolutnie nic nie wskazuje na to, bym – pod tym czy innym tytułem – nie miała o czym pisać w kwestii osławionej „dobrej zmiany”.

Ubolewam, iż hasło „dobra zmiana” tak się skompromitowało, bo w swoich „Rymowankach” w pewien sposób taką zmianę proponuję. Rodzicom – zmianę myślenia, dzieciom – zmianę położenia: sprzed laptopa na rower, rolki, czy na czym kto tam chciałby jeździć. Zachęcam, by zdrowego trybu życia uczyć od małego i od małego wpajać, że ruch to frajda, której bonusem jest zdrowie i uroda. „Sportowe zachwalanki” to niemal gotowy przepis, jak sprostać dyktatowi „bycia fit” bez mozołu i pieniędzy wkładanych w dorosłym życiu w siłownię, oprzyrządowanie rasowego biega czy w prywatnego trenera. Czym skorupka za młodu nasiąknie… A na dziś daje to nadzieję na spadek niepokojąco wysokiej liczby dzieci otyłych. No i zaoszczędzimy na zakupie licencji programów typu „Kochanie, ratujmy nasze dzieci”, gdzie w świetle jupiterów upokarza się małe grubasy.
Sprawdźcie sami. „Rymowanki. Sportowe zachwalanki” są dostępne na zaczytani.pl oraz bonito.pl
Trwa ładowanie komentarzy...