O autorze
Głosuj na Wapiętnik na www.blogroku.pl

Ponad 30 lat zarabiałam pisaniem, aż choroba Parkinsona kazała mi zwolnić się z etatu (ale nie z bycia dziennikarką). Wcześniejszą emeryturę wydarłam ZUS-owi z gardła po roku sądowej walki i zaprawiona w bojach wyzwałam na ubitą ziemię pana P., jak nazywam Parkinsona. Codzienne potyczki opisuję w Wapiętniku, czyli w pamiętniku prowadzonym przez wapniaka. Niektórzy dziwią się, że mało w nim choroby, za to sporo uśmiechu i spraw, od których niekoniecznie zależy los świata. Ale może mój? Nie mam wpływu na to, że jestem skazana na pana Parkinsona już do końca, próbuję jednak nie dać mu się całkiem zdominować. Pisanie o tym to rodzaj terapii, ale też chęć pokrzepienia innych cierpiących.
Jako się rzekło, moje życie nie składa się tylko z choroby. Pełnię w nim różne role: córki (troskliwej), żony (pierwszej), mamy (pojedynczej), teściowej (niezołzowatej), przyjaciółki (długodystansowej), koleżanki (mnogiej). I choć nie wyobrażam sobie życia bez czytania i słuchania muzyki, na bezludną wyspę nie zabrałabym ani książek, ani płyt, tylko chciałabym ją ... zaludnić. Bo to, co w życiu lubię najbardziej, to pogadać z drugim człowiekiem.

ZAOPIEKOWANA, NIE ZASTRASZANA

Będąc lojalną obywatelką walczącą o prawo i sprawiedliwość, czuję się w obowiązku stłumić w zarodku wszelkie spekulacje, jakobym po udziale w Drugim Łańcuchu Światła 17 lipca 2017 roku była poddana próbie zastraszenia przez policję. Przeciwnie, czułam się jak rzadko zaopiekowana i pozostali wylegitymowani zapewne też.

Zresztą, jak się miałam czuć, gdy nad bezpieczeństwem siódemki maruderów, co to się zagadali po nocy przy zniczach pochyliły się służby w liczbie sześciu funkcjonariuszy? Bo przecież nie mogło im chodzić o to, że zaśmiecamy teren publiczny! Taki powód spisania nas wprawdzie podano, ale bez żartów…
Myślę, że było raczej tak: Wiedziony złym przeczuciem patrol, który legitymował lidera bydgoskiego KODu zaraz po tym, jak protestujący przeciw zamachowi na niezależność sądów, co narusza trójpodział władzy – filar demokracji zapalili znicze, wrócił pod gmach sądu. Wszak zapadła noc, ciemność rozjaśniały tylko drżące płomyki świec, a wtedy wszystko może się zdarzyć… Licho nie śpi! Spać za to udała się ponad setka manifestantów, jedynie wspomniana siódemka marudziła jeszcze u stóp Temidy. Że taka garstka ciemną nocą nie może się czuć bezpiecznie, to oczywista oczywistość – pomyśleli najpewniej policjanci ze znanego już patrolu. I wrócili, ale nie sami, bo wspomagani przez dwóch – wcale nie smutnych – panów w cywilu. Pełna kultura!
Zwiększona moc służb powiększyła, co nawet zrozumiałe, pole ich troski i martwiono się teraz, mało że o nas, to jeszcze dodatkowo o stan rozświetlonych ponad standardy schodów wiodących do sądu. Przez dłuższą chwilę trwały kurtuazyjne przepychanki kto gasi świeczkę, kto ogarek i pewnie potrwałyby jeszcze, gdyby nie to, że w sukurs policyjnej czwórce przybył kolejny patrol. Tak więc siły się prawie wyrównały (7:6), co nam, tak zaopiekowanym niedobitkom po manifestacji znacznie ułatwiło przyjęcie umowy bilateralnej, w myśl której wyposażeni w zwrócone nam dowody, ochoczo sprzątnęliśmy sądowe schody. Bo grupa sześciorga uparcie trwała przy swoim: chodzi o zaśmiecanie przestrzeni publicznej. I jeszcze, że dostali polecenie, by to (zaśmiecający?) protestujący zatarli ślady po manifestacji (dewastacji?).
Osobiście w to nie wierzę, intuicja bowiem podpowiada mi, że to wszystko z – wpisanej w dekalog służb – troski o mój dobrostan. Dlatego tak bardzo zaskoczyło mnie pytanie Przyjaciółki, która wysłuchawszy mej opowieści zapytała, czy się nie bałam. Nie! Przecież uczestniczyłam w czymś tak surrealistycznym, że … strach się bać.
Trwa ładowanie komentarzy...