O autorze
Głosuj na Wapiętnik na www.blogroku.pl

Ponad 30 lat zarabiałam pisaniem, aż choroba Parkinsona kazała mi zwolnić się z etatu (ale nie z bycia dziennikarką). Wcześniejszą emeryturę wydarłam ZUS-owi z gardła po roku sądowej walki i zaprawiona w bojach wyzwałam na ubitą ziemię pana P., jak nazywam Parkinsona. Codzienne potyczki opisuję w Wapiętniku, czyli w pamiętniku prowadzonym przez wapniaka. Niektórzy dziwią się, że mało w nim choroby, za to sporo uśmiechu i spraw, od których niekoniecznie zależy los świata. Ale może mój? Nie mam wpływu na to, że jestem skazana na pana Parkinsona już do końca, próbuję jednak nie dać mu się całkiem zdominować. Pisanie o tym to rodzaj terapii, ale też chęć pokrzepienia innych cierpiących.
Jako się rzekło, moje życie nie składa się tylko z choroby. Pełnię w nim różne role: córki (troskliwej), żony (pierwszej), mamy (pojedynczej), teściowej (niezołzowatej), przyjaciółki (długodystansowej), koleżanki (mnogiej). I choć nie wyobrażam sobie życia bez czytania i słuchania muzyki, na bezludną wyspę nie zabrałabym ani książek, ani płyt, tylko chciałabym ją ... zaludnić. Bo to, co w życiu lubię najbardziej, to pogadać z drugim człowiekiem.

NIECH SIĘ ŚWIĘCI 22 LIPCA!

Dziś wszystko jest polityką, więc i moja choroba się upartyjniła. Niestety, ma legitymację PiSu, bo nie pozwoliła mi na zabranie głosu na czwartkowym proteście w obronie niezależności sądów. Niedoczekanie twoje! - warknął lubieżny pan P(arkinson) i ucapił się moich nóg. W ramach gry wstępnej wmurował w ziemię, by potem wycieńczoną posadzić na murku. Paradoksalnie, taka przycupnięta w zapadających ciemnościach, doznałam iluminacji, że noc to pora, gdy nie tylko w parlamencie RP dzieją się rzeczy niecne.

Ostatnio, mam wrażenie, rozsypał się nam worek mniejszych i większych paradoksów. Bo jak inaczej określić fakt,
Że preambułę gwałconej przez PiS konstytucji czytała na manifestacji zorganizowanej przez PO jej niedawna ostra oponentka – Joanna Szczepkowska?
Że tę samą Szczepkowską, słynną z ogłoszenia w telewizji „śmierci komuny”, spotyka dziś uznanie komentującego protesty wokół sądów Aleksandra Kwaśniewskiego, który na pewno nie bił braw aktorce w 1989 roku?
Że zasiadający w tzw. izbie refleksji niegdysiejszy solidarnościowy radykał, co w „trampkach chciał iść na Moskwę” - Jan Rulewski, dziś w uniformie więziennym idzie na zwarcie z PiS?
Że wielu manifestujących pod wrażeniem doniosłości chwili ze skruchą przyznaje się do współodpowiedzialności za demolkę państwa, bo nie poszli do wyborów? (Przebudzenie obojętnych to dla zagrożonej demokracji zdobycz nie do przecenienia!)
Że ustawę podporządkowującą SN partii Dobrej Zmiany senacka większość „klepnęła” 22 lipca, w 73 rocznicę ogłoszenia manifestu PKWN? (Wielka musiała być pokusa, by zaspokoić tęsknotę za PRLem!)
Że nadzieję na „odbicie sądów” pokłada się w kabaretowej postaci ze zmutowanym genem podległości? (Już tyle razy życie przerosło kabaret, że kto wie…)
Że szczującemu ludzi na siebie wzajem prezesowi Kaczyńskiemu zawdzięczamy zbliżenie się dwóch samców Alfa: Schetyny i Petru?
Że człowiek żywiący się konfliktem, odpowiedzialny za społeczne podziały stał się mimowolnym akuszerem wyjątkowej, od lat w Polsce niespotykanej, wspólnoty?
Mamy doskonały zaczyn do budowania społeczeństwa obywatelskiego. Świadomego swych praw i potrafiącego pokazać gniewną pięść każdemu, kto zechce mu je odebrać. Tylko takie społeczeństwo jest świadome wagi aktu wyborczego. Co szczególnie ważne przed zbliżającymi się wyborami do samorządów, które są ostatnim przyczółkiem demokratycznego państwa. Rządzący na pewno zechcą ów przyczółek zdobyć, a nasza rzecz go obronić. Nasza, czyli suwerena z dumnie noszoną etykietą „drugiego sortu”. Dumnie i tłumnie, jak teraz na ulicach. Ale tylko, gdy pójdziemy razem do urn, dowiedziemy, że to nas jest więcej.
Nagle, stawiając kropkę, zmrożona zostałam myślą straszną, czy aby ktoś to rzetelnie policzy?
Trwa ładowanie komentarzy...