15 SIERPNIA: CO TU ŚWIĘTOWAĆ?

Gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś napiszę cokolwiek o wojsku, zbyłabym go śmiechem. Ja o wojsku? Ani mnie to szczególnie interesuje, ani znam się na tym. Ale czasy mamy takie, że niemożliwe staje się możliwe. I takie cuda tylko z PiS!

Pisałam już, że prezesowi zawdzięczamy przebudzenie się polskiego społeczeństwa, rzadkie poczucie wspólnoty, o którą tak trudno w dzisiejszym korpo-konsumpcyjnym świecie. Zakłócając swój dobrostan, dźwignęły się nawet „lemingi”! Dostrzegając, że podniesiono rękę na ich wolności obywatelskie, młodzi uświadomili sobie w końcu, że nie są one dane raz na zawsze i tłumnie wylegli na ulice. Niemożliwe stało się możliwe.
I z moim – dość powierzchownym, przyznajmy – zainteresowaniem wojskiem jest tak samo. Nigdy by nie zaistniało, gdyby nie regularna hucpa, jaką nam funduje zarządzający resortem obrony narodowej. Zresztą już samo obsadzenie tego ministerialnego stołka to był szok dla suwerena gorszego sortu. A potem było jak u Hitchcocka – napięcie stale rosło. Niemal każda decyzja „wielkiego reformatora wojska” wprawiała bowiem w osłupienie nie tylko fachowców, ale nawet takich ignorantów, jak ja.
Nie mam pojęcia, czy śmigłowce Black Hawk są lepsze od Caracali, ale potrafię zauważyć wyjątkową, nazwijmy to eufemistycznie, chwiejność postawy szefa MON w sprawie uzbrojenia polskiej armii w bojowe samoloty.
Nie znam się specjalnie na honorach wojskowych, ale przypuszczam, że żołnierzom nie honor salutować cywilowi – młodziakowi, choćby rzecznikowi.
Nieznane są mi tajniki sztuki dowodzenia armią, ale zakładam, że konieczni są tu doświadczeni, wysoko wykwalifikowani oficerowie, których należy docenić, a nie wyrzucać z wojska.
Nie potępiam obozów surwiwalowych i bitew paintballowych, ale oddanie ostrej broni w amatorskie ręce zaciągu Obrony Terytorialnej Kraju rodzi we mnie poważne obawy.
Nie mam nic przeciwko pamiątkowym monetom czczącym wielkie postaci i takież wydarzenia, ale nie młokosa, który szczytne osiągnięcia, co daj Boże, ma jeszcze przed sobą. On i tak już się zapisał w pamięci Polaków jako symbol pazerności kadrowej Dobrej Zmiany.
Nie znam się na uzbrojeniu wojskowym, ale wiem cośkolwiek o pijarze i propagandzie, jednak zdumiało mnie, że MON chce zainwestować w pociski oraz miotacze ręczne do rozrzucania ulotek.
Nie śniłam, że resort obrony narodowej może mieć plany bardziej dziwaczne, niż te o zmasowanym ataku ulotkowym, ale myliłam się. Minister złożył w PKP Intercity niekonwencjonalne zapotrzebowanie zamawiając dla wojska 8 wagonów z skrytkami na broń, w tym salonkę dla dowództwa.
To wszystko byłoby może śmieszne, gdyby nie było groźne. A właśnie za niebezpieczny uznają wysocy rangą oficerowie konflikt między MON a prezydentem. Szef resortu obrony dotąd bezkarnie demolował polską armię pod hasłem koniecznych reform, których nie zwykł uzgadniać ze ZWIERZCHNIKIEM SIŁ ZBROJNYCH, czyli prezydentem. Ten w końcu nie zdzierżył takiego lekceważenia i postawił się, a czarę goryczy przepełniło najpewniej swoiste votum nieufności wobec „prezydenckiego łącznika” z resortem – generała o opinii dotąd nieposzlakowanej.
Jaki to sygnał dla nas, obywateli? Czy chodzi tylko o urażone ambicje i nadwerężone ego? Jedno jest pewne: zamiast towarzyszącego dotąd wielu decyzjom MON dylematu: Śmiać się czy płakać?, powstaje poważne pytanie: Czy mamy zacząć się bać? Bo, że świętować nie ma czego, to oczywiste.
Trwa ładowanie komentarzy...